Raz w roku odbywa się w USA najdroższa impreza z punktu widzenia reklamy. Jest to Super Bowl. Koszty emisyjne reklam wtedy emitowanych są najwyższe, a wiele firm przygotowuje spoty specjalnie na tę okazję. Plotka głosi, że Apple w roku 1984 wydało na emisję swojego spotu wprowadzającego Mcintosha 1 miliard dolarów.
Nie dziwi mnie wysoka cena emisyjna, bo wtedy wszyscy Amerykanie siadają przed telewizorami. Nie dziwi mnie, że firmy decydują się na takie koszty dotarcia, bo zasięg mają wtedy największy. Tym bardziej nie dziwi, że przygotowują spoty specjalnie na tę okazję.
Przykładowe zestawienie „top ten” z roku 2011, czyli nowiutkie spoty.
W USA Today wyczytałem, że wszystkie reklamy na najbliższe Super Bowl zostały sprzedane. Dziwi mnie to z bardzo prozaicznego powodu. Podobno jest kryzys, a nadciąga jakiś mega kryzys. Koszt emisji 30 sekund w tym roku to 3,5 miliona reklam. Jeśli tak jak w ubiegłym roku wyemitowane zostanie 61 reklam po 3,5 miliona to suma wyniesie 213,5 miliona. Jeśli przyjmiemy skromnie, że każda z reklam zostanie wyemitowana tylko 10 razy sięgamy kwoty ponad 2 miliardów dolarów.
Powiecie, toż to tylko 4 dolary na statystycznego Amerykanina? Zgoda ale z tym „tylko” bym polemizował, bo nie wszyscy w USA są w targecie tych reklam. Przypomina to jakieś szaleństwo, w którym wszyscy uczestniczą pomimo kryzysu.
Ja wiem, to strategia na przetrwanie kryzysu. Trzeba się reklamować właśnie w kryzysie, aby firma nie upadła. Pytam tylko, czy taki kosztowny owczy pęd ma swoje uzasadnienie w efektach takiej reklamy. Może za ten sam budżet można mieć roczną kampanię?
Tego właśnie nie rozumiem, albo raczej uważam, że „kryzys” jest tylko dla tych, którzy liczą pieniądze, dla wielkich takie pojęcie nie istnieje.

